Hawana
 
Hector Palacios Ruiz w Polsce
 
Cuba libre - marzenie czy rzeczywistość? Gdansk, 1 X 2010
    2012-05-08
Meble IKEA i kubańska siła robocza

    2012-05-03
Dysydent zwolniony warunkowo

    2012-04-27
Facebook marzeniem młodych Kubańczyków

Strona główna  »                  

  Paweł Smoleński, Gazeta Wyborcza

 

Chciałbym Państwu opowiedzieć o mojej podróży z innymi dziennikarzami Gazety Wyborczej na Kubę. Zaplanowaliśmy kilkunastodniowy objazd z wizytami u ludzi związanych z kubańską opozycją demokratyczną - ale nie tych dobrze znanych. Jeździliśmy do ludzi, którzy są najbardziej „osamotnieni” tudzież najbardziej narażeni na represje, co czyni ich ludźmi o nieprawdopodobnej dzielności i wewnętrznej prawości. Chciałbym Państwu przedstawić trzy historie tych ludzi, z których jedna jest bardzo smutna, a pozostałe dwie niezwykle radosne.

Pierwsza, ta smutna historia, miała miejsce w miasteczku na zachodzie Kuby, które się nazywa Manuel Lazo. Mieliśmy tam odwiedzić rodzinę jednego z 75 dysydentów uwięzionego i skazanego na 20 lat więzienia za zbieranie podpisów pod Projektem Varela kilka lat temu. Ulice w Hawanie czy w mniejszych miastach kubańskich, są oznaczone dość kiepsko, jeśli w ogóle. Brak numerów domów, więc jeżeli chcemy się do kogoś dostać, musimy pytać ludzi na ulicy, szukać śladu. Dlatego krążyliśmy po miasteczku przez ok. półtorej godziny, bez rezultatu. Szczęśliwie w pobliżu jest miasto Piñar del Rio, gdzie mieszka Dagoberto Valdés [dyrektor Centrum Formacji Obywatelskiej i Religijnej – przyp. red], u którego zostawiliśmy rzeczy dla rodziny dysydenta z Manuel Lazo. Wiem, że one w końcu dotarły do adresata. Było to przykre doświadczenie, dlatego że kiedy pytaliśmy o adres więźnia politycznego, ludzie na ulicy się od nas odwracali, nie chcieli mówić. Miałem wtedy poczucie, że między mną a Kubańczykami jest szklana, nieprzepuszczalna tafla, od której się odbijam i nie mając szansy zrobienia kroku dalej. Dość przygnębieni pojechaliśmy 25 kilometrów na południe do wioski, która nazywa się Las Martinas. Ten typ wiosek na Kubie nazywa się wioskami niewolniczymi. Są to pewnego rodzaju obozy pracy o złagodzonym nieco rygorze, z których nie wolno wyjechać. Tam trafiliśmy pod wskazany adres. Weszliśmy do domu pytając najpierw o możliwość schowania samochodu, żeby nie zwracać uwagi służb bezpieczeństwa i żeby nikogo nie narażać na nieprzyjemności. Gospodyni domu opowiedziała: ”Nie musicie nigdzie chować. Tutaj wszyscy są naszymi przyjaciółmi”. To był pierwszy sygnał dla mnie, mówiący o tym, że coś, co wydawało się tylko marzeniem, czyli społeczeństwo obywatelskie na Kubie powoli się tworzy. Sygnałem, że jest na Kubie garść ludzi dzielnych, prawych i odważnych, którzy potrafią głośno mówić o prawach człowieka. W Las Matrinas powiedziano nam: „Uważajcie tylko przy wyjeździe z wioski, bo być może wtedy złapiecie ogon, być może wtedy przyczepi się do was milicja czy bezpieka. Natomiast tutaj wewnątrz jesteście bezpieczni”. Dzięki tej wizycie, mogliśmy zobaczyć, jak solidarność międzyludzka pomaga przetrwać w tym strasznym czasie, pod rządami straszliwego reżimu; jak  rodzi się powoli i powoli się umacnia.

Berta Artuñez ze środkowej Kuby, z miasteczka Placetas opowiadała mi o przypadku actos de repudio - jest to forma represji wobec opozycjonistów, kiedy to zorganizowana banda kilkudziesięciu lub kilkuset bandytów przyjeżdża pod dom człowieka, który ośmiela się mówić bądź myśleć inaczej niż mu się każe, obraża go, wypisuje jakieś parszywe hasła na ścianie, kradnie, bije – dzieją się rzeczy straszliwe. Otóż podobnego aktu doświadczył przyjaciel Berty Artuñez, który po tym jak został pobity,  wrócił po dwóch godzinach, i zobaczył coś, czego nigdy się w życiu nie spodziewał. Zobaczył swoich sąsiadów, którzy odkrawali po kawałeczku mydła - mydło jest na Kubie towarem deficytowym - wrzucali do wiadra, a potem zmywali ze ścian domu hasła wypisane  przez zorganizowanych przez władze bandytów. Jednym z powtarzających się napisów było: „Nich żyje Fidel!”. I ci ludzie zmywali to hasło z taką niezwykłą, wewnętrzną radością i przekonaniem, że oto nagle mogą okazać sąsiedzką solidarność. Mogą nadrobić ten wieloletni strach i obojętność, że mogą przekuć klimat zagrożenia w klimat wspólnotowy. To było doświadczenie nowe - nowe również dla tych, którzy Kubie przypatrują się od lat.

Do tej pory mówiłem o ludziach zaangażowanych w działalność opozycyjną, o ludziach którzy wiedzą czym jest wolność, poznają jej cenę i są gotowi dla niej ryzykować bardzo wiele. Ale myślę też, że na Kubie stało się coś, co na razie można wpisać być może tylko w sferę mentalną, ale mam głęboką nadzieję, że przybierze to lada chwila bardziej konkretne zachowania. Otóż zupełnym przypadkiem w Hawanie spotkałem dwójkę młodych ludzi: chłopaka sprzedającego owoce na targu i dziewczynę - tancerkę w klubie nocnym. Ta dwójka nie znała się wcześniej. Oni dosiedli się do naszego stolika w dość obskurnym barze, niedaleko nadmorskiego bulwaru Malecón. Na początku rozmawialiśmy, tak jak się rozmawia nad szklaneczką mojito, czyli o wszystkim i o niczym. Ale potem ta dwójka obcych sobie ludzi zaczęła rozmawiać między sobą. Nagle coś pękło, bo okazało się, że mogą ze sobą rozmawiać szczerze, bez hołdowania władzy, której niegodziwe, paskudne, parszywe oblicze w tej rozmowie nie była omijane. Ci ludzie śmiało opowiadali o swoich nadziejach i obawach. Z tego doświadczenia wyciągam jeden wniosek, który jest zapewne wnioskiem dość banalnym, ale tak banalnym, jak każda nadzieja. Kubańczycy, tak ci zaangażowani mocno w opozycję, jak i ci którzy tam po prostu mieszkają, już nie liczą lat – liczą dni. Nie chcą dłużej czekać na wolność. Co z tego wyniknie? Nikt nie wie. Fakt jednak pozostaje faktem – to nie jest już bezwolna wyspa. To nie jest wyspa zauroczona brodatym dyktatorem i jego wielogodzinnymi przemówieniami. To jest wyspa, która łaknie normalności. I niczego więcej, tylko normalności.

   powrót na górę strony                 
   
© 2006 Solidarni z Kubą Projekt i wykonanie: EPOX Interactive Media House